Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.

April 07 2020

5795 1bc9 500

April 06 2020

Reposted fromshakeme shakeme viathinkmore thinkmore
5908 7205 500
Reposted fromjottos jottos viabamboocha bamboocha
9968 558a 500

90zdevil:

Felt this in a real way

Reposted fromRoarieluz Roarieluz viayetzt yetzt
7785 0349
Reposted fromVerdeLemon VerdeLemon viaaura-lunaris aura-lunaris
3387 09ea
Reposted fromcurlydarcey curlydarcey viaaura-lunaris aura-lunaris
Reposted frommothsdevourer mothsdevourer viajnna jnna
Człowiek, który cierpi, nie mówi już nic albo prawie nic, a na pewno nie krzyczy.
— fragment listu narkomana w "Ty zaraziłeś ich narkomanią" Marka Kotańskiego
Reposted fromfajnychnielubie fajnychnielubie viasorriso sorriso
0219 0e2e 500
Reposted fromkwasmilosz kwasmilosz viairmelin irmelin
9727 c29f 500
Reposted fromlisekhipisek lisekhipisek viairmelin irmelin
9979 0af7
Reposted fromUrsacircus Ursacircus viaphilomath philomath
Myślę, że czasem można chcieć już tylko, żeby coś się skończyło, obojętnie jak
— Grażyna Jagielska
Reposted fromlisekhipisek lisekhipisek viapomruki pomruki

Xeno – najmniejsza mierzalna jednostka relacji międzyludzkiej. Wymieniana jest na ogół między osobami całkowicie  obcymi. Przyjmuje postać, przykładowo, błysku flirtu w oku, kiwnięcia ze zrozumieniem, albo wspólnego uśmiechu nad jakimś zrządzeniem losu. Te momenty są zupełnie nieprzewidywalne i mijają szybciej niż trwały, ale są ważnym pokarmem emocjonalnym, który łagodzi naszą samotność.

Kenopsia – niesamowitość miejsca, które jest na ogół pełne ludzi, a teraz jest ciche i puste. Szkolny korytarz wieczorem, opustoszałe biuro w weekend, pusty plac po wyjeździe wesołego miasteczka. Emocjonalny powidok tłumu, który sprawia, że to miejsce nie jest po prostu puste, ale ultra-puste,  jakby nie było tam zwykłe zero, ale ujemna liczba ludzi. Ich nieobecność, która rzuca się w oczy, świeci jaskrawo, jak neon.

Swish fulfillment – ukłucie szczęścia po tym jak rzucimy coś przez pokój, a to idealnie trafi w swój cel. Książka na właściwy stosik, zmięta kulka do kosza, klucze w dłoń drugiej osoby. Jednorazowa bezbłędność, wewnętrzna doskonałość tej trajektorii i trafienia, która zaspokaja nas w pełni i która nie daje krzty pokusy ani potrzeby, żeby spróbować raz jeszcze. I która jest lepszym dowodem na sens monogamicznej miłości niż jakakolwiek piosenka kiedykolwiek zaśpiewana pod gitarę.

Lalalalia – kiedy mówimy sami do siebie, ale nagle orientujemy się, że ktoś jest obok i że może usłyszeć. I płynnie przechodzimy w to podśpiewywanio-pomrukiwanie pod nosem, robimy tę magiczną sztuczkę, która ma zwieść zmysł słuchu i ustrzec naszą przypadkową widownię przed usłyszeniem tego, co słyszy.  A naszą pewność siebie przed rozmienieniem na drobne.

Midsummer – dzień 26. urodzin, czyli moment w życiu, w którym młodość przestaje być wymówką do czegokolwiek . Nie ma już na co czekać, musimy zacząć zbierać plony, nawet jeśli dopiero co je zasialiśmy. Od tej chwili dni będą już tylko coraz krótsze, aż w końcu i babie lato w powietrzu będzie nam przypominać o nadchodzących śniegach.

Flashover – magiczna chwila, w której wszyscy obecni zaczynają nagle mówić szczerze i o rzeczach dla siebie istotnych. Tak jakby chwilowy skok wzajemnego zaufania wywołał spięcie i słowom udało się wreszcie ominąć te wszystkie izolatory z ironii, które w sobie nosimy. A ładunek emocjonalny, którym się stale ładujemy, ocierając się i przeciskając przez świat, momentalnie spłynął do ziemi.

Chrysalism – pierwotny, kojący spokój, który czujemy siedząc w czasie burzy w jakimś w przytulnym wnętrzu. Hałas deszczu, który słyszymy jak czyjąś kłótnię piętro wyżej, kłótnię, w której nie rozróżniamy słów, ale w której słyszymy uwolnienie napięcia, które już rozumiemy doskonale.

Monachopsis – subtelne, ale uporczywe poczucie, że ustawicznie jesteśmy nie na swoim miejscu. Że ciągle jesteśmy w obcym sobie środowisku, jak ryby wyjęte z wody, jak foki na plaży. Niezdarni, nieporadni, nie umiemy się skupić, odnaleźć, ogarnąć. Tłoczymy się wśród innych niedostosowanych i nawet nie potrafimy się rozeznać, że tutaj blisko, ledwie za rogiem, szumi świat któremu byliśmy przeznaczeni, świat w którym bylibyśmy jak ryby w wodzie, naturalnie, lekko i bezwysiłkowo u siebie.

The meantime – chwila, w której sobie uświadamiamy, że nasze planowane przyszłe „ja” nigdy się nie zjawi, a jedyna wersja nas samych, którą mamy do dyspozycji, to ta, która jest w tej chwili. Jak gdyby rola, którą mamy w życiu odegrać, spadła właśnie na to wiecznie nieprzygotowane dziecko, które ciągle sobie nie radzi i które długo, długo, powtarzało sobie tekst pod nosem, ale wciąż go nie umie. A tu nagle zostaje wypchnięte w sam środek naszego życia, które jest już gdzieś w połowie drugiego aktu.

Velllichor – melancholia antykwariatów, pełnych starych książek, których nigdy nie przeczytamy. Każda z nich zamknięta jest w swojej własnej epoce, podstemplowana datą i zamknięta jak stary pokój, który autor porzucił lata temu. Jak stryszek, do którego nikt nie zagląda, a na którym kurzą się myśli porzucone zaraz po tym, jak zostały pomyślane.

Kairosclerosis – chwila, w której uświadamiamy sobie, że jesteśmy w niej właśnie szczęśliwi. Ta świadomość sprawia, że staramy się posmakować uczucie szczęścia, chcemy je uchwycić i zidentyfikować, obrócić pod światło i osadzić w kontekście. W wyniku tych manipulacji szczęście rozpływa się powoli acz zauważenie, aż wreszcie nie zostaje z niego nic więcej niż posmak.

Silience – mistrzostwo w niejednej sprawie, które niezauważenie dzieje się wśród nas. Ukryte talenty naszych przyjaciół i dalszych znajomych. Ulotne solówki grajków w metrze. Nikomu nieznane portfolia początkujących artystów. Cięte, a nigdzie nieutrwalone riposty w internecie. Wszystko to, co mogłoby być okrzyknięte arcydziełem, ale nie będzie, i to tylko dlatego, że arbitralnie sobie przyjęliśmy, że doskonałość musi być dobrem rzadkim. Przegapiamy w ten sposób diamenty tkwiące tuż pod powierzchnią, które może i nie są nieskazitelne, ale są na swój sposób wspaniałe.

Catoptric tristesse – smutek, że nigdy nie będziemy wiedzieć, co tak naprawdę myślą o nas inni. Czy myślą dobrze, czy źle, ani nawet czy w ogóle o nas myślą. Ciekawa rzecz, bo mimo że widzimy się nawzajem zupełnie ostro – tak jak siebie samych w lustrze – to i tak jest to obraz zupełnie przekłamany. Zniekształcony i wykrzywiony, tak jakby każde z luster było zanadto zajęte wygibasami i próbami przejrzenia się samo w sobie.

 Adomania – uczucie, że przyszłość przybywa grubo przed czasem, że wszystkie te fantastyczne daty w rodzaju „2017” nagle są już tutaj, że wyskakują ze swoich przyszłych kryjówek i stają są teraźniejsze. I niezapowiedzianie krzyczą „sprawdzam” wszystkim naszym planom i oczekiwaniom. Podczas gdy my staramy utrzymać się w siodle, jedną ręką ściągając lejce, a drugą wymachując wysoko, jak uczeń w podstawówce, który w końcu wie, jaka jest odpowiedź na pytanie.

Trumspringa – pokusa żeby rzucić wszystko i wyjechać, zostać pasterzem w górach, który wędruje ze stadami owiec z pastwiska na pastwisko, za towarzyszy ma tylko strzelbę i psa, i który wieczorami siada z fajką w progu swej chaty by nasłuchiwać grzmotów w odległych stronach. Jest to zarazem pokusa zupełnie realna, wystarczy kliknąć i bilet już kupiony, ale jest też z góry oczywiste, że to tylko hipotetyczno-hipnotyczna wycieczka naszych myśli, ot naszego mózgu przerwa na marzenie, zanim wrócimy za bezpieczne biurko.

La cuna – nagły smutek na myśl o tym, że być może nie ma już nic do odkrycia i nowych światów do zasiedlenia. Smutek, że kiedy ostatni odkrywca wyruszał w stronę ostatniej białej plamy na mapie, to nie zawrócił, przypomniawszy sobie, że jego córka ma przecież zagrać w przedstawieniu, a on jej obiecał, że będzie. Gdyby był zawrócił, to może i cały nowy kontynent mielibyśmy dzisiaj do odkrycia, i moglibyśmy go trzymać w odwodzie jak żelazną rezerwę tajemnicy. Choćby po to, żeby móc mówić dzieciom, że „tego nikt nie wie” i „może ty, jak dorośniesz”.

Lapyear – rok, w którym stajemy się starsi niż nasi rodzice byli wtedy, kiedy my się urodziliśmy. Rok, który daje znak, że nasz zegar ruszył, że nasza zmiana w sztafecie już się rozpoczęła. I że musimy już biec na własną rękę, że nie możemy się już kryć za ich plecami. Że już nie będzie tak jak dotąd, że ciągnęli nas za sobą, a my tylko patrzyliśmy jak pokonują coraz to nowe płotki, płoty i rowy z wodą. Teraz to my musimy założyć żółte koszulki, te same, które tak nas zawsze fascynowały… i absolutnie przerażały.

Moledro – poczucie głębokiej więzi z pisarzem czy artystą, którego nigdy nie spotkaliśmy i nie spotkamy. Ten człowiek żył może stulecia temu i tysiące kilometrów stąd, ale mimo to umiał bezbłędnie wejść do naszej głowy i zostawić w niej szczyptę swojego doświadczenia, tak jak wędrowcy ustawiają piramidki kamieni, żeby oznaczyć szlak wiodący przez nieznane terytorium.

Énouement – słodkogorzkie uczucie, że oto dotarliśmy tu, do przyszłości, w której możemy wreszcie dowiedzieć się jak to wszystko się potoczyło i rozwiązało. Możemy się dowiedzieć kim została nasza młodsza siostra, na kogo wyrośli nasi przyjaciele i gdzie zaprowadziły nas nasze własne wybory. To jest bezcenna wiedza, zdobyta podjazdem do obozu przeciwnika, i odruchowo chcemy się nią podzielić z każdym, kto jeszcze tej podróży nie odbył. Ale z kim? Czyżby istniała jakaś część nas samych, która na ochotnika została gdzieś z tyłu, w tych minionych latach, i tam, na zapomnianym przez wszystkich posterunku, wciąż czeka na wiadomości z frontu?

Dead reckoning – gdy uświadamiamy sobie, że czyjaś śmierć dotknęła nas bardziej niż się spodziewaliśmy. Tak jakbyśmy podświadomie zakładali, że ta osoba będzie wiecznym i niewzruszonym punktem krajobrazu, niczym latarnia morska, którą możemy codziennie widzieć i nie zauważać przez lata, a która pewnej nocy po prostu się nie zapala. I choć ubywa nam tylko jeden punkt odniesienia, i choć ciągle możemy odnaleźć drogę – to czujemy się jakoś dużo bardziej w dryfie.

Ellipsism – smutek, że nigdy nie dowiemy się co było dalej, że nigdy nie będziemy wiedzieć jak dalej się potoczy historia kraju, świata i człowieka. Nie dowiemy się kto na czym wyszedł dobrze, a kto źle, nie dowiemy się co przyszło z tych wszystkich wysiłków ludzkości. Smutek, że z tej anegdoty, jaką jest życie, będziemy musieli wyjść przed końcem i nawet nie dowiemy się jaka jest puenta. Choć z drugiej strony,  jest całkiem prawdopodobne, że ta puenta by nas ani nie rozśmieszyła, ani nie zaciekawiła. Że cała ta anegdota ma się nijak do naszego poczucia humoru i że okazałaby się jakąś koszarową, idiotyczną opowiastką o Polaku, Rusku i Niemcu, których diabeł zatrzasnął w latrynie i dał po dwa zadania.

The kinda blues – smutna świadomość, że wszystkie zdarzenia jakie zachodzą w naszym życiu, a które wydają się nam tak nowe i głębokie, nie są niczym wyjątkowym, a tylko jednym z kilkudziesięciu możliwych riffów na tej samej kombinacji akordów. I że te wszystkie emocjonalne poruszenia, tam głęboko, w sercu, to nic innego jak tylko covery starych standardów z Wielkiego Śpiewnika Emocji, który w 98% pokrywa się z tym, który ma szympans.

Ameneurosis – gdy w nocy usłyszmy trąbiący gdzieś w oddali pociąg. Ten dźwięk, który zarazem brzmi tak smutno i samotnie, a jednocześnie jest niesamowity, pociągający, wzywa nas do podróży, do ruszenia się stąd.

Sonder – kiedy uświadamiamy sobie, że każdy człowiek ma życie równie złożone jak my. Że każdy ma swój własny, osobny świat przyjaciół, ambicji, obaw, przyzwyczajeń i dziwactw. Że to jest ta wielka epopeja, która toczy się wokół nas codziennie i niezauważenie, jak mrowisko, które rozciąga się w głąb ziemi i łączy się tajemnymi, nieznanymi przejściami z tysiącami innych żyć, w których nigdy nie będzie nawet śladu po tym, że myśmy istnieli. Że dla tych wszystkich ludzi jesteśmy niczym więcej jak statystami na drugim planie w kawiarni, porannym korkiem na drodze, rozświetlonym oknem o zmierzchu.

Reposted fromliteratka literatka viagregorczykm gregorczykm

Mal de coucou – paradoks życia towarzyskiego, które jest niby bujne, ale w którym mamy niewielu prawdziwych przyjaciół. Mamy wokół siebie bardzo wielu ludzi, ale tylko przy bardzo nielicznych możemy być naprawdę sobą i wypłukiwać z siebie wszystkie te psychologiczne toksyny, które się w człowieku gromadzą. Mal de coucou jest jak złe odżywianie, które sprawia, że nawet jeśli pochłoniemy cały bufet niezobowiązujących pogawędek, to i tak wciąż jesteśmy głodni prawdziwego posiłku.

Liberosis – tęsknota za tym, żeby się mniej przejmować, rozluźnić kontrolę nad swoim życiem, żeby przestać co chwila patrzeć za siebie, czy tam się nie czai ktoś z siekierą, czy choćby ktoś, kto chce przechwycić piłkę. Tęsknota za tym, żeby zająć się wreszcie swoim życiem na luzie i z radością, trochę jak w siatkówce, żeby podbijać je krótkimi odbiciami, utrzymywać cały czas w powietrzu, żeby nie spadło na ziemię, zdać się na przyjaciół, na siebie, zawsze w ruchu.

Adronitis – frustracja, że tak strasznie długo trwa zanim naprawdę poznamy drugiego człowieka. Pierwsze tygodnie znajomości antyszambrujemy pogawędkami w przedpokojach psychiki, przesuwając się w głąb powolutku i po centymetrze, dwa kroczki naprzód, jeden duży wstecz. A chciałoby się przecież zacząć od sedna, od tego, co najważniejsze, a dopiero potem odblokowywać wyjścia na sprawy drugorzędne i marginalne. Chciałoby się zacząć od najgłębszych tajemnic i najintymniejszych szczegółów, a dopiero potem wyluzowywać w stronę small-talku, tak żeby dopiero po latach i poznaniu wszystkich soczystych sekretów osiąść spokojnie na kanapie i zapytać bliźniego jak ma na imię i co właściwie słychać.

Occhiolism – bolesna świadomość małości własnego doświadczenia i ograniczeń własnej perspektywy. Bo faktycznie, są one tak wąskie, że trudno z nich wyciągać jakiekolwiek wnioski o świecie, o przeszłości, albo o złożoności kultury. Owszem, życie każdego z nas jest niepowtarzalną anegdotą o nierzadko epickim rozmachu, ale i tak jest to rozmiar próbki: jeden. I całkiem możliwe, że jesteśmy tylko próbką porównawczą dla znacznie ambitniejszego eksperymentu, który ktoś właśnie prowadzi w pokoju obok.

Rückkehrunruhe – kiedy pełna wrażeń podróż, z której właśnie wracamy, zaczyna nam gwałtownie znikać z pamięci kiedy tylko przekroczymy próg domu. Do tego stopnia, że musimy sami sobie przypominać, że naprawdę byliśmy w trasie… choć ledwie kilka dni temu wszystko jeszcze pulsowało najżywszym szczegółem. Chciałoby się uniknąć aż tak szybkiego zapomnienia, chciałoby się bezboleśnie przepoczwarzyć z powrotem w życie codzienne, albo właśnie odwrotnie, porzucić wszelką iluzję ciągłości i zostawić migawkę wiecznie otwartą, tak by każda kolejna scena zapisywała się bezpośrednio na poprzedniej.

Opia – dwuznaczne i dojmujące patrzenie komuś w oczy, które zarazem czyni z nas natrętów, jak i wystawia na cios. Oczy drugiego człowieka błyszczą, są bezdenne, ale i nieprzezroczyste, a my zaglądamy w nie jak w dziurkę od klucza, czując z absolutną pewnością, że tam, po drugiej stronie drzwi, ktoś jest. Ale nie wiemy, czy zaglądamy do wnętrza czyjegoś domu, czy właśnie wyglądamy na zewnątrz.

Mimeomia – łatwość z jaką wchodzimy w szufladki i dopasowujemy się do stereotypów, nawet jeżeli tego nie chcemy, nawet jeżeli to nie jest w porządku i nawet jeżeli wszyscy uważamy że tak być nie powinno. Samookaleczamy naszą fantazję i pomysłowość zakładając najnudniejszy i najbardziej oczywisty kostium – Batmana, kapitana Sparrowa, kota z „Catwoman” – byle tylko zgarnąć te łatwe lajki i nie musieć po raz kolejny odpowiadać na pytanie „za kogo ty się właściwie przebrałeś?”

Ambedo – rodzaj melancholijnego transu w jaki wpadamy, kiedy dajemy się pochłonąć bez reszty szczegółom i szczególikom doświadczenia zmysłowego. Krople deszczu spływające po szybie, drzewa szumiące na wietrze, znikająca pianka na kawie – te krótkie momenty w których doznajemy po prostu tego, że żyjemy, i to tylko po to, żeby tego właśnie doświadczyć.

Semaphorism – dyskretny znak w rozmowie, że mamy coś osobistego do powiedzenia w danym temacie, ale nie będziemy rozwijać. Empatycznie skinięcie głową, w pół opowiedziana anegdota, enigmatyczne „znam to uczucie”. Rzeczy, które wrzucamy czasami w rozmowę, a które są jak chorągiewki, które ostrzegają, żeby tutaj nie kopać, bo coś jest ukryte pod ziemią. Może linia energetyczna, która zasila dom, a może światłowód, który prowadzi hen, do innego kraju.

Avenoir – marzenie o tym, żeby dało się pamiętać rzeczy przyszłe. Przyjmujemy przecież jako oczywiste i niewzruszone, że życie zawsze idzie do przodu, ale… w tym ruchu jesteśmy jak wioślarze: siedzimy tyłem do kierunku jazdy i możemy widzieć skąd przybywamy, ale nie dokąd płyniemy. Widzimy kim byliśmy, nie widzimy kim będziemy. Co więcej, kurs naszej łodzi nadaje przecież młodsza wersja nas samych. Jesteśmy poniekąd zakładnikami tego, co zdecydowaliśmy, kiedy byliśmy dużo mniej rozsądni i dużo bardziej naiwni niż dzisiaj. I trudno się nie rozmarzyć, jak to by było, gdyby było odwrotnie.

Moriturism – nagłe odczucie własnej śmiertelności, poczucie, że te upływające lata nie są żadnymi próbami do przedstawienia, które ma się odbyć, ani fragmentami historii, którą będziemy później opowiadać, ale raczej śladami na piasku, za którymi podąża przypływ absolutnego zapomnienia. Ale nawet i ono nie zmyje tego posmaku dużego kebsia na cienkim cieście, który niepotrzebnie zjedliśmy tuż przed snem.

Reverse shibboleth – ogólnikowe „halo” na początku rozmowy telefonicznej, które jest o tyle nieoczywiste, że w dobie komórek z góry przecież wiemy kto dzwoni. Ma ono z pozoru tyle samo sensu, co obrazek koperty przy ikonie emaila, albo malowanie pisanek ręcznie, choć przecież można kupić takie sztuczne, fabrycznie pomalowane. A przecież i tak to robimy sami, żeby być pewni, że one będą takie jak te, które malowaliśmy kiedyś z babcią.

Daguerreologue – wyobrażona rozmowa ze starą fotografią nas samych. Z tą tajemniczą postacią, która ciągle żyje w domu naszego dzieciństwa i która pewnie spędza wiele czasu na rozmyślaniach kim teraz jesteśmy i co robimy. Jak ta staruszka, której dzieci i wnuki mieszkają daleko i nie dzwonią już często.

Altschmerz – zmęczenie tym, że jesteśmy zmęczeni wciąż tym samym, że ciągle nas gnębią i troskają te same problemy, niedociągnięcia i niepokoje. Całymi latami męczy nas i doskwiera jedno i to samo, te przeciągłe i dobrze znane smutki, które bolą, ale nie mają już smaku, bo się zupełnie zużyły i nawet łagodny masochizm nie znajduje już w nich nic inspirującego. Cóż więc pozostaje innego niż wciąż od nowa wyruszać na poszukiwanie nowych-starych zmartwień, które pogrzebaliśmy dawno temu i których smaku zapomnieliśmy?

Heartworm – była miłość, przyjaźń, lub tylko znajomość z kimś, z kim już dawno nie mamy kontaktu, ale kogo wciąż nie możemy się pozbyć z naszych myśli. Teoretycznie już dawno zostawiliśmy tę relację za sobą, ale tak naprawdę wciąż nosimy ją w sobie, żywą i niedokończoną, jak porzucony biwak z niedogaszonym ogniskiem, które ledwie się tli, ale tylko czeka, żeby rozdmuchać pożar lasu.

Waldosia – kiedy szukamy w tłumie twarzy osoby, o której dobrze wiemy, że jej tam nie ma. Taki sposób na zbadanie, czy ten człowiek jest w ogóle jeszcze obecny w naszym życiu, taki emocjonalny odpowiednik sprawdzania po kieszeniach, czy są klucze, portfel, telefon, zanim sobie powiemy, że możemy iść.

Anthrodynia – zmęczeniem tym, jak chamscy i źli ludzie potrafią być dla siebie wzajemnie. Z tego zmęczenia ludźmi rodzi się umiłowanie przedmiotów, które są bezpretensjonalne, które nie oceniają, które po prostu są.

The bends – frustracja, że czegoś nie przeżywamy i nie doświadczamy tak jak powinniśmy, mimo że przecież czekaliśmy i pracowaliśmy na to – nieraz całymi latami. Ale nadmierne oczekiwania rozmagnesowują nasze serce, a my gorączkowo próbujemy coraz to nowych kombinacji, byle tylko dostać coś więcej niż śnieżny ekran i biały szum emocjonalny.

Deep cut – nagły nawrót emocji, której nie czuliśmy od lat. Emocji, o której byśmy już kompletnie zapomnieli, że ona w ogóle istnieje, gdyby nie to, że przypadkiem zostawiliśmy naszą psychiczną playlistę nastawioną na „losuj”. A teraz, gdy słyszymy pierwsze akordy, czujemy nagle, że nasze neurony szarpią jak pies, który jest już na smyczy, a któremu nie zdążyliśmy jeszcze otworzyć drzwi.

Contact high-five – kiedy bezwiednie dotyka nas ktoś, kto po prostu wykonuje swoją pracę – fryzjer, instruktor jogi, albo kelner – a nam się to podoba dużo bardziej niż skłonni jesteśmy przyznać. Prostota takiej minimalnej, niczym niezmąconej relacji, która podważa siłę słowa pisanego i podsuwa myśl, że w 2050 roku najlepszym rozwiązaniem dla początkujących pisarzy będzie po prostu przytulać ludzi.

Hiybbprqag – poczucie, że wszystko co nowe, już było, że ludzka kultura już dawno wypełniła swoją płytkę Petriego i teraz już karmi się tylko sama sobą, bez końca przeżuwając i krzyżując zużyte konwencje, tworząc przy tym nic więcej jak promieniotwórczy wyciek smutku.

Onism – smutek, że będziemy mogli doświadczyć tylko małej cząstki kosmosu. Tak jak wtedy, gdy stoimy przed tablicą odlotów na lotnisku, na której migoczą setki egzotycznych nazw, a za każdą kryje się cały odrębny świat, którego nie zdążymy zobaczyć przed śmiercią (i jeszcze jeden!). Nie zdążymy go zobaczyć tylko dlatego, że – jak usłużnie podpowiada mapa – „jesteśmy tutaj!”

Reposted fromliteratka literatka viagregorczykm gregorczykm
Reposted fromshakeme shakeme viainerte inerte
0478 05ad 500
Reposted frompamieciodlegle pamieciodlegle viaphilomath philomath
5049 9ee3 500
Reposted fromGodislove Godislove viainerte inerte
6668 48a1 500
Reposted fromEtnigos Etnigos viaThe1995 The1995
Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.
Get rid of the ads (sfw)

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl